Witaj, cieszę się, że tu wpadła/eś! Zapraszam Cię do przeczytania moich wypocin, a na sam początek trochę o mnie. Posegregowałem to w różne kategorie, aby ułatwić Ci trochę czytanie. Jeżeli Ci się spodoba to, jaki jestem, podaj ten blog dalej – będzie mi bardzo miło.
Prywata.
Kamil Zdzisław Szpajcher. Pierwsze imię wymyślili mi rodzice, choć miałem być Boguszem, drugie jest po moim dziadku, bo taka była w rodzinie tradycja. Trzecie również posiadam, a wybrałem sobie podczas bierzmowania imię Michał, ale nie od świętego Michała, lecz od samego Archanioła Michała. Tak jest, zawsze mierzę wysoko! Mój pierworodny również zostałem Michałem i również liczę na to, że będzie mierzył najwyżej jak się da. Michałem Mikołajem, będąc skrupulatniejszym, bo mój dziadek to był – dokładniej rzecz ujmując – Zdzisław Mikołaj, więc i we mnie, i w moim synu zachowałem cząstkę tego niesamowitego człowieka. Choleryka wątpiącego w istnienie jakiegokolwiek boga i krzyczącego na światków Jehowy, którzy pojawiali się pod płotem naszego domu. Dziadka, który zawsze węszył okazję, tworzył cudowne rzeczy i pokazał mi jak być mężczyzną, gdy wychowywałem się bez ojca. Mówię o tym, bo w wielu kwestiach jestem do niego podobny i nie tylko w tych dobrych, ale przede wszystkim – tak jak On – uwielbiam tworzyć i chłonę cały proces tego tworzenia. Taki był w swoim garażu i taki jestem ja w każdym „garażu” jaki pojawi się w moim życiu. A co czasie teraźniejszym? Mam piękną żonę, irytującego psa i milion problemów, jakbym spłacał karmę z kilku pokoleń wstecz, ale zawsze wychodzę z nich cało i czasem świeci słońce tak jasno, że warto dla tych chwil trochę pocierpieć.
Poglądy.
Wróćmy jednak na chwilę do mojego trzeciego imienia – mogłoby się wydawać, że ten Kamil to jest bardzo wierzący skoro o tym mówi i na dodatek dał to imię swojemu synowi, ale nic bardziej mylnego. Po swoim dziadku, jestem raczej typem, który wątpi, bo wątpliwość rodzi dyskusję, a dyskusja prowadzi do ciekawych konkluzji. Co prawda, gdy byłem nastolatkiem, można było tak powiedzieć, lecz dodam, że moim pierwszym imieniem jakie wybrałem do bierzmowania był Monitor a drugim Ocean. Tak, dla jaj. Dopiero trzecim wyborem, gdy ksiądz stwierdził, że jestem nienormalny, stał się wspomniany Michał. ALE! Nie było dla mnie ważne, aby był to po prostu Święty Michał lecz konkretnie, wspomniany wcześniej, Archanioł Michał. No bo ej, miał ognisty miecz i był kozakiem, tak? Był to też pewien symbol mojej przemiany. We wspomnianym czasie byłem lektorem i raz nawet spędziłem weekend w seminarium, bo brałem pod uwagę bycie bardzo katolickim katolikiem. Jeszcze gorzej zabrzmi, że byłem tam z innym lektorem i że tak mi sprano mózg, że ledwo pamiętam te 2 dni. Pamiętam jedynie, że czułem się jakbym spędził tam lata i wyniosłem stamtąd tylko jedną naukę – że świat jest zły. Nawet wspomniany ksiądz śmiał się z mojej nagłej świętości i modlenia się do cheesburgera z MCD, aby podziękować za te plastikowe dary stwórcy, a jak zakrywałem oczy, żeby nie widzieć krótkiej spódniczki koleżanki z ławki obok, tarzał się ze śmiechu. Tak, dobrze kombinujesz – nie jest już księdzem i ma rodzinę, ale nadal jest wierzący i oddany sprawie, lecz trochę bardziej po swojemu. A co z tą moją przemianą? Bo to nie ta, którą zawdzięczałem seminarium, tylko ta, którą zawdzięczałem swojemu umysłowi. Z mszy na mszę, czytając lub słuchając raz stary, raz nowy testament, zacząłem wątpić w logikę i mądrość tej religii. Zauważyłem, że katolicy są… złymi ludźmi. Wierni słuchali głównie Starego Testamentu, powielali myślenie w jego stylu, a za nic mieli nauki Jezusa. Co z tego, że mesjasz kazał się kochać i być dla siebie dobrymi ludźmi? Kamień w dłoń i skoro Bóg jest zazdrosny, surowy i osądza ludzi za ich czyny, to cheja, dawaj, my też możemy! Przerażało mnie to – nienawiść do innych ludzi, szczególnie z powodu ich inności, napędzała głównie tych, pod których brodami trzymałem paterę, żeby im przypadkiem Ciało Boże na podłogę, z przepełnionych chamstwem ust, nie wypadło. Mało tego, słuchałem tego Słowa Bożego i zauważyłem, że chrześcijaństwo celowo pomija jedno z przykazań bożych, że w całej Biblii nie ma żadnej innej modlitwy niż „Ojcze Nasz”, a kult trzyosobowego boga został wymyślony przez zwykłych ludzi na jednym z soborów watykańskich, a nie wynika wprost z tego, co znajduje się w tej „świętej” księdze. Ach, dużo by mówić. I tak samo dużo wody upłynęło, aż w końcu znalazłem swoją drogę.
Jestem agnostykiem. Nie takim totalnym – uważam, że coś może być, ale nie wiadomo co i nie da się tego udowodnić. Nazywa się to agnostycyzmem słabym. Może też nie być nic, co można nazwać bóstwem, ale jestem za to przekonany, że świadomość nie znika. Gdy zmarł mój teść, trzyletniemu wtedy synowi powiedziałem, że wyruszył w cudowną podróż po bezkresie kosmosu. Nie płacze za nim, nie boi się – wspomina go często i mówi, że to dobrze, że ogląda gwiazdy i planety i że wszyscy kiedyś też do niego dołączymy. Nie trzeba religii, aby wierzyć w coś pięknego, a jeśli Bóg jest, to nie jest na pewno ani katolicki, ani islamski, ani żaden inny. Religii jest tak dużo, że na pewno żadna nie ma racji – warto więc być dobrym człowiekiem, tak po prostu.
Polityka.
Bycie dobrym człowiekiem i nierozumienie przez człowieka tego, co oznacza bycie dobrym, prowadzi wprost do polityki. Kompletnie nie rozumiem podejścia „prawo albo lewo”. Przecież wraz z wolnością gospodarczą, wcale nie musi iść kościół, a wraz z wolnością słowa, wcale nie musi iść hedonizm, wszechobecna przetolerancja i zakaz podniesienia głosu na swoje dziecko. Nie umiem zrozumieć tego, jak łatwo człowiek potrafi zaszufladkować sam siebie do danej opcji politycznej, tylko dlatego, że ona w ogóle istnieje. A co gdyby wyszedł na ulicę gość mówiący mniej więcej tak? „Wolność rynku gdzie tylko się da! Prywatyzacja wszystkiego co się da! Podatki do totalnego minimum! Zniesienie obowiązkowych, wysokich danin jakie dziś płacą właściciele firm! Zwiększenie wynagrodzeń nie poprzez zwiększanie minimalnych krajowych co rok, a nawet pół roku, ale przez pozbycie się kwot brutto-brutto – ma być tylko netto i brutto, żadnych dodatkowych, ukrytych kosztów! ALE! Wszystko z głową na karku i zdrowym rozsądkiem – musimy zadbać o minimum wiedzy u młodych Polaków, więc wraz z psychologami, socjologami i specjalistami z danych dziedzin, wspólnie wypracować pewne zasady i odchudzony, ale skuteczny program dla szkół podstawowych. Musimy zmniejszyć bezrobocie, zwiększyć wartość złotówki, zbudować to częściowo na państwowych spółkach, ale każda taka spółka mogłaby podpisywać kontrakty tylko z prywatnymi firmami niepowiązanymi politycznie z żadnym posłem, europosłem czy samorządowcem. Musimy zwiększyć skuteczność walki z patologią w rodzinach, ale nie odbierać dziecka matce, której wymsknęło się coś niestosownego przy placu zabaw, bo ona jest po prostu zmęczona! Może potrzebuje pomocy, a nie zabrania jej dziecka i wstawienia do rodziny zastępczej! Bądźmy tolerancyjni, nie bądźmy tylko skierowani na jedną religię i jedną orientację seksualną w kraju, ale bądźmy rozsądni i – tak samo jak hetero, tak i homo, nie mogą publicznie okazywać sobie uczuć w sposób niesmaczny. Nauczmy nasze dzieci świata – że są też inne wyznania, że są inne orientacje, upodobania, ale zostawmy sferę intymną rodzicom i to ich nauczmy jak tego uczyć swoje pociechy.” Co wtedy? Nagle wstałby jakiś fan którejś strony politycznej i powiedział „nie! to nie jest zgodne z tym co mi mówiono przez lata!”? No właśnie. Dlatego uważam, że jest lewica, prawica i zdrowy rozsądek oraz dostosowanie się do realiów jakie nas otaczają. Ja jestem totalnym fanem tego zdrowego rozsądku.
Życie zawodowe.
Zdrowy rozsądek to coś, co wcale nie idzie w parze nie tylko z religią i polityką, ale też z rynkiem pracy. Do tej pory pracowałem głównie jako handlowiec. Odkąd tylko mogłem, zawsze coś sprzedawałem – jak nie swoje strony internetowe budowane jeszcze tylko za pomocą HTMLa i CSSa, to produkty i usługi różnych firm. Moje życie zawodowe jednak rozwijało się równolegle w dwóch dziedzinach. Etatowo doradca klienta, sprzedawca, kierownik punktu, aż w końcu menedżer dużego zespołu, kierownik całego oddziału call center, a także kierownik sklepu jednej z polskich sieci sprzedających elektronikę, czyli handel i jeszcze raz handel. W tym samym czasie, uczyłem się projektowania graficznego i tworzenia stron internetowych, aż w końcu dodatkowym źródłem dochodu stała się agencja reklamowa. Ta obecnie jest zawieszona, bo Polska to nie jest kraj przyjazny małym firmom, a ja chyba nie mam takiej odwagi, aby postawić wszystko na jedną kartę, ale pozyskaną wiedzę o prowadzeniu działalności gospodarczej wykorzystuję na co dzień. Dziś, jako doświadczony menedżer i „gość od reklamy”, a z zamiłowania fan psychologii społecznej, perswazji w handlu i reklamie, a także sprawny obserwator otaczającego mnie świata i ogromny empata, mogę nazwać się marketingowcem, co podpieram wiedzą teoretyczną i praktyczną. Poza tym całym marketingowym ambarasem, wszelkie techniki zarządzania zasobami ludzkimi i projektami oraz techniki wywierania wpływu, nie są mi obce. Mało tego, w swoim życiu zawodowym, przeszkodziłem setki innych handlowców i nawet kilku menedżerów, a także posiadam certyfikat ukończenia szkolenia Management 3.0 i stałem się swego rodzaju kultywatorem tego sposobu zarządzania zasobami ludzkimi. Uwielbiam szkolić i obserwować jak ludzie rosną z dnia na dzień, dzięki wkładowi włożonemu w ich rozwój.
I co, tyle o mnie. A teraz zapraszam Cię bardzo serdecznie do zapoznania się z moimi wpisami na blogu!